Ewa Zegan - osobiste doświadczenia zawodniczki

#1
Moje OSOBISTE doświadczenia mają na celu uchronić zdrowie tych, którzy zauważają u siebie podobne objawy i podjęcie jak najszybszych działań do ratowania swojego zdrowia. Problem nie dotyczy tylko zawodniczek, ale kobiet/dziewczyn które wpadły w matnię cardio. Dostaję dziesiątki maili od chorych szukających ratunku osób, bo nie tylko NIE chudną, ale tyją mimo godzin na bieżniach i diety.

Cardio, czyli przepis jak nie spalić tłuszczu

Trochę historii dla tych co mnie nie znają. Rok 2011 i 2012 był dla mnie pasmem sukcesów w nowej kategorii sportów sylwetkowych bikini fitness. Kiedy na zawodach - bodajże w Mińsku - zaproszono mnie do wręczenia medali zawodniczkom fitness, usłyszałam głos V-ce Prezesa Polskiego Związku Kulturystyki p. Andrzeja Michalaka określającego mnie prekursorką bikini fitness w Polsce i tak, było to fajne uczucie. Coś osiągnęłam i to niemało. Wystarczająco, aby być dobrym przykładem dla innych. Wygrane najważniejsze zawody w Polsce, Puchar Polski, Mistrzostwa Polski, Europy, czołowe miejsca na zawodach międzynarodowych, triumf za triumfem. Jak to mówił Chelios w "Adrenalinie": ja żyję! Hard work pays off, czyli bez pracy nie ma kołaczy. Czego chcieć więcej? Tylko zdrowia i kolejnych medali.

Kolejny rok i rywalizacja sportowa. Znowu złoty medal na Mistrzostwach Polski w Katowicach w bikini. Nie czułam, że forma jest idealna i wcale nie byłam zadowolona z sylwetki. Nie wyglądałam jak na poprzednich zawodach, ale tłumaczyłam to faktem, że bikini fitness rządzi się innymi regułami, bo przecież tu nigdy nie wiadomo co sędziowie ocenią lepiej, wygląd ciała czy sztukę pozowania. Kilka miesięcy wcześniej zaczęłam współpracę z jednym z najpopularniejszych trenerów w Europie, co dodało mi niezwykłej motywacji, bo jestem pod najlepszymi skrzydłami. Oddałam się w 100% nowym metodom treningowym i dietetycznym. Jak coś robić to pełną parą - czyż nie jest to dewiza championów? Przecież kulturystyka i fitness to sporty wymagające dedykacji i egoizmu. To nie sport dla każdego. To było i jest oczywiste.

Wiosną 2012 ustaliłam kolejny cel. Mistrzostwa Świata, które miały odbyć się w moim ojczystym kraju w Białymstoku oraz jedyne w Europie zawody Arnolda Schwarzeneggera w Madrycie. Odpoczynku praktycznie nie miałam, bo sezon jesienny to wyzwanie, więc przygotowania zaczęły się bardzo wcześnie, bo 3 tygodnie po ostatnim starcie w sezonie wiosennym. Plan trenera nakładał na mnie bardzo ciężkie objętościowe treningi siłowe plus początkowo cardio 60 min dziennie. 30 minut rano i 30 minut po treningu. Dieta niskowęglowodanowa oparta wyłącznie na tilapii. Basmati czy wafle to było święto, a cienki plaster ananasa na drugi posiłek smakował jak pomarańcze za komuny. Tamten okres wspominam jak przez mgłę. Nie funkcjonowałam normalnie. Było mi strasznie ciężko. Źle się czułam, nie potrafiłam skupić na czymkolwiek. Ludzie mnie mierzili, nikt mnie nie rozumiał, byłam rozdrażniona i wiecznie zmęczona. Treningi przebiegały dobrze tylko wtedy, gdy pobudzałam się mocnym suplementem przedtreningowym. Po trzech miesiącach przygotowań stanęłam przed lustrem. Wyglądałam gorzej niż kiedykolwiek. Moje ciało było opuchnięte, twarz sina i smutna, oczy podkrążone i po prostu nie chciało mi się żyć. To był ciężki moment, byłam o krok od załamania. Nie miałam nawet zarysu mięśni. Płakałam wtedy długo, ale wstając kolejnego dnia rano spojrzałam na lodówkę na której wisiała napisana przez mnie kartka "HARD WORK PAYS OFF". No to niech mi zapłaci! Prawdziwego wojownika nic nie złamie, więc parłam do przodu, bo cierpliwość to klucz do fit sylwetki, prawda? Trenowałam jeszcze ciężej i kontynuowałam dietę. Zero cheatów, wychodziłam z założenia, że prędzej zdechnę niż okażę sobie chwilę słabości. Ketoza miała doprowadzić mnie na szczyt. Do zawodów było jeszcze trochę czasu, więc wszystko mogło się zmienić na plus. Im bliżej występu tym więcej treningów aerobowych, dwa x dziennie po 60 minut, rano na czczo i wieczorem, oraz siłowy średnio 1,5-2h wczesnym popołudniem. Oczywiście zdolność do oceny własnej sylwetki na tym etapie spadła do zera.

Zastanawiało mnie jedno, jak to możliwe, że spędzam godziny na aktywności fizycznej, trzymam dietę, a wyglądam jak kupa?! Im więcej trenowałam, tym gorzej wyglądałam. Dzieliłam się obawami z trenerką, ale odpowiedź była jedna "Ewa, cardio!" i w kolejnym mailu znowu 25g węglowodanów mniej. Ostatnie tygodnie nie było już z czego obcinać, więc zaczęły się rotacje z ketozą i dniami "ładowania" czyli 25g basmati. Absurd.

Dzień przed zawodami znowu stanęłam przed lustrem. To nie byłam ja. To była wycieńczona fizycznie i psychicznie osoba, oskarżająca się, że nie robi wszystkiego, aby wyglądać jak zwycięzca. Wmawiane mi poczucie winy, że na pewno podjadam, albo nie robię cardio doprowadzało mnie do płaczu i wściekłości. Ale zaraz, znowu była nadzieja, że sylwetka się choć trochę poprawi, bo dostałam zgodę na zjedzenie steka w wieczór poprzedzający start w zawodach. Miał być niesolony, niezbyt tłusty i z 4 waflami ryżowymi. Potem mogłam zjeść banana, trochę kaszki ryżowej dla dzieci, a rano co godzinę wafel z masłem orzechowym. W restauracji na talerzu ze stekiem wjechał świeży groszek, lekko podgotowany, skropiony oliwą z kawałkiem cytryny z boku. Miał piękny, intensywny zielony kolor, a na środku dekorację z koperku. Moja wyobraźnia o jego smaku zamieniła się w pragnienie zjedzenia. I ten zapach! Im mniej miałam steka tym bardziej chciałam zjeść groszek. Nieszczęsny ciągle spadał z widelca. Zaczęłam rachować, wyglądało mi to na 50g prawdziwej uczty dla podniebienia, co wcale nie dawało zatrważającej ilości węgli. Napisałam do trenerki, ale nie odpowiadała. Na własną odpowiedzialność zjadłam groszek. Smakował jak seks.

Dzień kolejny to występ na zawodach, które uplasowały mnie poza półfinałem. Niektóre lokalne zawodniczki triumfowały, ale nie z racji swojej wygranej, lecz mojej porażki. Życie. Jak osiągasz sukces to licz się z tym, że brawa będą głośniejsze gdy upadniesz. W internecie czytałam komentarze, że mój czas przeminął i że muszę ustąpić miejsca młodym. Mój stan psychiczny nie pozwalał mi na obejrzenie zdjęć z własnego występu. Byłam w pokoju hotelowym, leżałam i cierpiałam na ciele i duszy. Wszystko mnie bolało, męczyłam się z tym ciężkostrawnym masłem i nawet nie miałam apetytu. Jak to się mogło stać? Było mi przykro, bo przez pół roku spędziłam więcej godzin na bieżni i rowerku, niż przez całe swoje życie. I do tego ważyłam o 5 kilo więcej, niż zaczęłam!

WYNISZCZENIE

Ponieważ w kalendarzu były kolejne zawody, Arnold Classic Europe postanowiłam pójść za ciosem i wziąć w nich udział. Okres pomiędzy startami w Polsce, a Hiszpanii był krótki, dlatego trening siłowy nie był ciężki, lżejsze powtórzenia, ale wciąż stabilne aeroby rano i po treningu. To jakby wpisane było w schemat przygotowań do zawodów. Stereotyp, że inaczej się nie da. Mimo mniejszego obciążenia układu nerwowego wcale nie poczułam się lepiej. Cierpiałam na syndrom chronicznego zmęczenia. Nie miałam sił na NIC. Przysięgam, to był najsmutniejszy okres mojego życia. To co kochałam tak bardzo, zabijało mnie. Chciałam tylko dociągnąć do końca zawodów, wrócić do domu do łóżka. Pamiętam jak wylądowaliśmy z polskim teamem na lotnisku w Madrycie, ile trudu sprawiało mi przejście 100 metrów z walizką, ciężko oddychałam, chciało mi się płakać... Ostatnie dni przed zawodami postanowiłam sama zmienić metodę mojej trenerki odnośnie diety. Nie ładowałam się żadnym masłem, ani suchymi waflami na poczet gotowanego ryżu i kilku bardziej urozmaiconych posiłków, ale wciąż w mikro porcjach. Trenerka nie odezwała się do mnie ani słowem po poprzednich zawodach na których nie weszłam nawet do 15tki. Olała mnie. Po prostu. Z perspektywy czasu wiem, a wręcz jestem pewna, że na mojej formie zaważyła też podjęta przeze mnie decyzja o odmowie wspomagania zakazanymi środkami. Na scenę wychodziłam zawsze "czysta". Metody trenerskie, które stosowała na ponad stu kilowych wielkich facetach, nie działały na pięćdziesięcio kilogramowe ciało bez dopingu. Taka jest prawda.

Na Arnoldzie weszłam do półfinału, co można uznać za sukces biorąc pod uwagę ich rangę. Choć trenerka przez całego Arnolda była na expo, nawet nie przyszła mi kibicować. Wpadła na mnie przypadkiem, kurtuazyjnie witając się (ludzie patrzyli), zrobiłyśmy pamiątkowe zdjęcia i był to ostatni raz kiedy ją widziałam. Na koniec powiedziała, że jeśli chcę jechać na zawody za tydzień muszę przytrzymać dietę i kręcić aeroby jak dotąd. Dziękuję. Jak ją odbieram dzisiaj? Nie mam do niej żalu, przecież mogłam zrezygnować z jej nietanich usług. Niemniej jednak oddałam w jej ręce moje zdrowie i wierzyłam, że doświadczenie i sukcesy osiągane z innymi sportowcami razem z moją determinacją i podporządkowaniem zaowocują spektakularną sylwetką. Nic bardziej mylnego.

Tamten "Arnold" absolutnie zmienił moje życie. Sportowe, zawodowe i prywatne. Przeprowadziłam godziny rozmów z różnymi ludźmi, sędziami, sportowcami rangi światowej, autorytetami w świecie kulturystyki i fitness i natchnęła mnie myśl. Nie mogę się poddać! Jestem championem, a oni są niezniszczalni psychicznie. Trzeba przeanalizować ostatnie 7 miesięcy, wyciągnąć wnioski i nie dać się indoktrynować stereotypami. Nie było to proste, bo miałam zlasowaną głowę strachem przed jedzeniem, węglowodanami, tłuszczami, a każdy kolejny dzień i tak zaczynałam od cardio. To wcale nie poprawiało wyglądu, a tylko wpływało lepiej na moją i tak zrujnowaną psychikę. Mnie się WYDAWAŁO, że robię właściwie.

Rok 2013 był przełomem pod każdym względem, definitywne uwolnienie się z toksycznego związku, zmiana środowiska, zamieszkania i pracy związanej z fitnessem. Czas na nowe i lepsze. Czas zacząć nowe życie. Pierwszy kwartał roku spędziłam na leczeniu "some". Chodzenie od lekarza do lekarza, badania ogólne, specjalistyczne i diagnostyczne. Krew, hormony, mocz, elektrokardiografia (coraz częstsze kłucie w sercu), ginekolog (brak miesiączki). Kolejne to tomografia komputerowa mózgu, bo uporczywie bolała mnie lewa strona głowy. Do tego traciłam wzrok, więc przez blisko miesiąc byłam na obserwacjach w Klinice Uniwersyteckiej. O różnych rodzajach usg nie wspomnę, chyba tylko kolonoskopii nie robiłam (może chociaż to byłoby przyjemne). Dalej traumatolog (uniemożliwiające normalne funkcjonowanie spięcia w odcinku szyjnym i lędźwiowym) i neurolog na zakończenie. Nigdy nie miałam w sobie krzty hipochondryka. Nienawidzę użalać się nad sobą, a ludzi których ciągle coś boli nie lubię. Gdyby nie fakt jak bardzo źle się czułam, jak bolało mnie ciało nawet po długim wypoczynku, jakie miałam problemy z pamięcią, jak lubiłam przebywać w ciemności (wrażliwość na światło)... Morfologia była dramatyczna. Samodestrukcja. Kręgosłup był w ruinie. Nic tylko się powiesić. Czułam ból w każdym członku ciała, mimo że jadłam trochę więcej, ale wciąż te same produkty. Zdarzały się cheat meale w postaci uroczystej kolacji z rodziną czy przyjaciółmi. Oficjalnie, bo raz na jakiś czas miałam wilcze napady głodu i dopiero na drugi dzień rano, widząc tornado w kuchni, uświadamiałam sobie co się stało. Absolutny brak kontroli nad jedzeniem. Pożeranie na zmianę słodkiego ze słonym, kwaśnego z gorzkim, co tylko nawinęło się pod rękę. I ten błogostan po obżarciu... Oczywiście trenowałam regularnie na siłowni, ale zrezygnowałam z porannego cardio na poczet 30 minut po treningu. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogę zupełnie o cardio zapomnieć i wyglądać wreszcie jak milion dolarów. Przyznam, że odbiłam trochę psychicznie, skupiłam się na relacjach z bliskimi, przyjaciółmi i pracy. Relaksowałam się czytając książki i słuchając muzyki. Świadomie nie wchodziłam na wagę, żeby nie dostać depresji.

Nie było dnia, abym nie myślała o ponownym wyjściu na scenę. Marzyłam, żeby dojść do zdrowia, lepszej kondycji i z pomocą trenera, który "zna się" na kobietach osiągnąć znowu sukces. To był raptem rok bez startów, niewiele jak na moje doświadczenia, za to przeznaczony na reperację ciała i duszy.

Jesień przyniosła kolejne zawody Arnolda na których byłam zaangażowana organizacyjnie, więc nie brałam w nich udziału, chociaż mi to proponowano. Nie czułam się na siłach podołać przygotowaniom, które nie wiadomo jak mogłyby się zakończyć. Mało tego, mój ból psychiczny był tak głęboki, że nie poszłam nawet oglądać kategorii bikini fitness. Byłam zła, że nie mogę wystartować, a negatywne emocje wciąż siedziały we mnie. To nie jest dobry fundament do rywalizacji sportowej.
Był rok 2013. I znowu Arnold zmienił wszystko.

Jesień przyniosła kolejne zawody Arnold Classic 2013 na których byłam zaangażowana organizacyjnie, więc nie brałam w nich udziału chociaż mi to proponowano. Nie czułam się na siłach podołać przygotowaniom, które nie wiadomo jak mogłyby się zakończyć. Mało tego, mój ból psychiczny był tak głęboki, że nie poszłam nawet oglądać kategorii bikini fitness. Byłam zła, że nie mogę wystartować, a negatywne emocje wciąż siedziały we mnie. To nie jest dobry fundament do rywalizacji sportowej. Robiłam dobrą minę do złej gry. Poza tym czułam przegraną sama ze sobą, a w sporcie musisz czuć się zwycięzcą zanim wyjdziesz na scenę z konkurencją. Dalej nie paliłam fatu i wyglądałam jak na sportowy tryb życia źle, mimo cardio i jedzenia czysto.

Bodajże w piątek odbyła się Konferencja Prasowa z osobistym udziałem A. Schwarzenegerra w okazałym budynku Komitetu Olimpijskiego w Madrycie. Byłam świeżo po przeczytaniu jego biografii, mocno zaangażowana w pomoc przy organizacji ACE i z emocjami czekałam na wystąpienie ikony. Praca przy wielkiej imprezie to jedno, ale emocje jej towarzyszące to drugie. Wyszedł dostojnie na podium. Kiedy zaczął przemawiać zapadła cisza. Mówił o tym, że od 45 lat prowadzi "krucjatę" fitness i od 45 lat ludzie starają się mu wmówić , że to bez sensu, a on się nie poddaje i wciąż krzewi ideę treningu siłowego. To nie tylko pokaz siły, muskulatury, zawody sportowe, konkurencje, bicie rekordów, ale szerzenia sprawdzonej koncepcji, że trening siłowy jest dla każdego i dla naszego zdrowia. No właśnie... Przemówienie Arnolda poruszyło mnie doszczętnie, wspomniał o tym jak nie raz było mu ciężko, jak stawał się championem i jak wiele kłód rzucano mu pod nogi. Wytrwał. Owszem, może nie miał problemu z cardio, ale w tym momencie przemówienia chodziło o stan umysłu, o odzyskanie swojej wiary w siebie, we własny potencjał i doskonalenie siebie do poziomu mistrzostwa. Opisując jak bardzo kocha ten sport i żelastwo przekonał mnie, że wszystko przede mną. On mówił do mojego serca! Tak! I'll be back!

Po show wróciłam do domu i zadzwoniłam do pewnego coacha, aby umówić z nim spotkanie. Był rekomendowany przez parę osób z branży i odnosił sukcesy trenerskie z zawodniczkami, czego przykładem była jego własna żona, bodyfitness Pro. Wyglądała fenomenalnie. Zawsze. Zabrałam swoje dzienniki treningowe z ostatnich 2 lat i pojechałam z rumieńcami na twarzy. Chyba nigdy przed nikim nie otworzyłam się jak przed nim. Dałam mu do wglądu dzienniki, wyniki wszystkich badań i stwierdziłam, że chcę wystartować w kolejnych zawodach. Jestem zmotywowana i gotowa do działania. Na koniec ze łzami w oczach powiedziałam, że mogę naprawdę ciężko pracować, ale nic mnie tak nie demotywuje jak BRAK efektów. To podcina mi skrzydła. I bek. Podał mi chusteczki, zadał zdawkowe pytanie czy aby na pewno tego chcę (przygotowań) i odesłał do domu. Kompletnie zbił mnie z tropu. Jechałam autostradą i zastanawiałam się czy aby dobrze zrozumieliśmy się po angielsku i hiszpańsku. Przez dłuższy czas nie widziałam go na siłowni i zaczęłam się martwić. Pragnienie rozpoczęcia przygotowań było tak silne, że nie dałam za wygraną. Zaczepiłam go znowu na siłowni. Wysłuchał i nic więcej. Któregoś dnia ponownie dopadłam go po treningu i poprosiłam jeszcze raz o rozmowę. Powtórzyłam jasno, że moim celem są Mistrzostwa Europy i trzeba działać. Idę za ciosem, jak coś chcę to do tego dążę. Koniec i kropka. Moja głowa jest już w porządku. Potrzebowałam tylko kogoś racjonalnego, kto ma jaja, wiedzę i oceni mnie jasno: "Ewka, daruj sobie, odpocznij, nie masz szans na medal", albo "Jedziemy z koksem mała, jesteś the best". Przy pierwszej wersji, odpocznę ile trzeba i wtedy wystartuję. Przy drugiej spinam pośladki i wykonuję plan. Proste. Wysłuchał mnie nawet uważnie. Spytał o dokładne daty i zanotował. Na kolejnym spotkaniu ustaliliśmy, że formę szykujemy na Mistrzostwa Europy, a po drodze obligatoryjne Mistrzostwa Polski.

Kiedy przyszło do konkretów okazało się, że mój nowy coach na dzień dobry wysłał mnie na ponowne badania krwi i hormonów. Wyniki były lepsze, ale prolaktyna wciąż ponad normę. Kiedy spotkaliśmy się w gymie dostałam instrukcję dotyczącą cardio. NO CARDIO. CO?! Jak to?! Przecież się zaleję! Przytyję! Na pewno? Nic, zero? Rano też? Wracałam do domu i myślałam, że chyba zwariował. Mało tego, kazał mi zrezygnować z treningu, aż do odwołania. Jedyna aktywność fizyczna to...spacery na świeżym powietrzu!

Nowego programu wypatrywałam jak śniegu w święta, mailbox sprawdzałam co chwilę, a na dźwięk telefonu reagowałam jak pies Pawłowa. No i zaczęło się.

Przez 25 tygodni posłusznie wykonywałam ewoluujący plan, a każdy kolejny tydzień był nową lekcją swojego ciała. Przez 25 tygodni od euforii przez doszukiwanie się sensu startów, od uniesień po myśli o kapitulacji. I zawsze kończyło się tym samym: nie mogę się poddać! Padnij, powstań!

Największa walka jaką toczyłam była zmiana nawyków myślowych dotyczących cardio. Przysięgam, nie potrafiłam długo przekonać się, że to zbędne, że to zniszczyło mój metabolizm i zamiast palić tłuszcz organizm przeszedł w stan jego kumulowania, aby się uratować. Spędziłam godziny na rozmowach z nowym coachem, ba! nawet błagałam go, żebym mogła zrobić cardio po treningu siłowym. Nie pozwalał. I znowu wracałam autostradą do domu i klęłam, że się spasę, że będę gruba, że muszę przecież kręcić aeroby i jestem głupia, że go słucham, bo pewnie nic z tego nie wyjdzie. A dieta? Pierwsze trzy tygodnie nie miałam apetytu i jadłam jakieś 60% planu. Jedzenia wcale nie było dużo, standardowo 5 posiłków, bardzo urozmaicone, ale mój żołądek mówił nie. Myślę teraz o tych wszystkich biednych dziewczynach, które głodzą się lub jedzą cały rok ryż z kurczakiem z przerwami na niekontrolowane napady lodówki nocą. Współczuję...

Na mojej lodówce wisiała kartka z planem żywieniowym i suplementacyjnym, a przy dwóch posiłkach było napisane: "owoc - wybór własny". Jak to własny? Mam sama zdecydować? Przecież łeb zryty że fruktoza nie. No to czym się kierować? Ilością węgli, wartościami, kaloriami czy smakiem? Idę więc do tego na którego jestem zła, bo zakazał aerobować i pytam, a on znowu uśmiecha się i odpowiada "na co masz ochotę". Ale ja nie żyję jedząc to na co mam ochotę, ale to co muszę. Typowe myślenie zawodnika. Jedzenie jest po to aby dobrze wyglądać, a nie delektować się smakiem. Ewa, odpocznij, idź do sklepu i kup sobie owoc, który chciałabyś zjeść. Pojechałam i pół godziny kręciłam się przy stoisku. Banan - nie, za dużo kalorii, tuczy. Ananas, winogrona - to dopiero bomby cukru, odpada. Jako, że mieszkałam wtedy w Hiszpanii kolorowy dział zajmowały stosunkowo niedrogie melony, mango, papaje i inne dziwolągi. Hm, chętnie bym spróbowała, ale przecież od lat było mówione, że to wszystko źle wpłynie na formę. Cytrusy - w życiu nigdy, pomarańcze i mandarynki nie istniały dla mnie od lat. Po długich przemyśleniach stanęło na kiwi i jabłkach. Dzisiaj na moim stole królują grejfruty, granaty, ananas, jabłka, mandarynki, pomarańcze i wiele innych przepysznych owoców! Wszystko dla ludzi, ale z umiarem. Jeśli mam ochotę i mieszczę się w makro, jem sztukę, lub dwie dziennie (max).

Pierwszy tydzień treningu nie wydawał mi się specjalnie ekscytujący, ale ok. Wszystko było nowe, podzielone na górną i dolną partię ciała co było dla mnie nudne, bo przecież od lat robiłam typowo kulturystyczny trening w podziale na grupy mięśniowe. Jako, że sama jestem trenerem personalnym szybko opanowałam nową technikę i zaczęło robić się nużąco. To było dziwne, bo nie odnotowywałam żadnego zjazdu po treningu, który zamykał się w 45-50 minutach. Szybko. Dawał mi energię, a nie zgon. Bez minuty cardio i z jedzeniem, które dopiero pod koniec pierwszego mezocyklu zaczęłam zjadać w całości schudłam w miesiąc 3,100g. Wow, nic wielkiego nie robiłam, a waga zmalała. Mimo to ciągle walczyłam z myślami. Miałam ochotę iść do mojej przydomowej siłowni i usiąść na zakurzony rowerek. Coach uciekał przede mną, bo notorycznie pytałam kiedy zaczynamy cardio. To musiało być upierdliwe. Gdy go złapałam odpowiadał cierpliwie: "not yet".

Mezocykle zmieniały się średnio co 6 tygodni, dieta powolutku stawała się bardziej restykcyjna, ale z tym akurat nie miałam problemów. Imprezy rodzinne i inne obowiązkowe uroczystości przeżyłam na własnej misce i nawet nikt mi nie proponował, abym "skosztowała trochę", więc poszło gładko. Wcześniej użyłam dyskretnego szantażu. Jeżeli ktokolwiek przy stole zaproponuje mi, żebym "spróbowała i tak się nic nie stanie" to nie, nie dam w pysk, ale jest to ostatni raz kiedy mnie widzą w gościach / w restauracji / na święta, w trakcie przygotowań do zawodów. Dali radę :) Zero pytań.

W kolejnym planie dietetycznym pojawił się cheat meal, którym był m.in. chleb pełnoziarnisty. Głowa zryta. Mam jeść chleb? Nigdy. Zrezygnowałam i powiedziałam to trenerowi. Stwierdził, że nie ma problemu, nie mam się zmuszać, ale myślał, że dieta mnie nudzi, a na to póki co mogę sobie pozwolić. Druga alternatywa to 150g wołowiny. Ja, w której żyłach płynie kurczak bez hormonów mam zjeść krowę? Nie. I znowu myślowa transformacja, bo po dwóch tygodniach uroczyście wybrałam się na lokalny targ po zakup najchudszej wołowiny. Choć nie trawię czerwonego mięsa dobrze, miałam pozytywne wyobrażenie o steku, jako że była to moja nagroda dzień przed startem w poprzednim roku na Mistrzostwach Polski (wygranych;)). Wtedy smakował okazale. Tym razem też. Zaczęłam wymyślać przepisy z produktów, które miałam w diecie, a że jestem dobrą kucharką (która gotuje wszystkim wkoło, a sama nie je) to dieta była powiedzmy ciekawa.

W tym samym czasie kolejne badania krwi i hormonów. Wyniki były o niebo lepsze, morfologia poprawiona, ob ok, tarczyca w porządku, żelazo, itd., ale prolaktyna niestety powyżej normy i to sporo. Ogólnie byłam słaba i nadal miewałam dni w które nie miałam siły wstać z łóżka. Po spotkaniu z lekarzem sportowym i trenerem dostałam tydzień wolnego od ćwiczeń i suplementów dla sportowców. Przez ten czas miałam odpoczywać, spać, spać i jeszcze raz spać. Ponadto otrzymałam kurację przeznaczoną dla ludzi ciężko chorych. Dietę trzymałam wg planu. Po tygodniu nic nie robienia ze strachem weszłam na wagę i co się okazało? Pół kilo mniej. Dezorientacja.

Siedem dni minęło szybko, wróciłam do treningów, które były świetne. Wysoka intensywność, siła, hipertrofia, phat, plyo, gumy, tabata, ale też techniki stosowane wcześniej jak dropsety, serie łączone, superserie. Co kilka tygodni coś nowego i fantastycznego. I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że kolejne miesiące z moim ciałem nie działo się nic oprócz tego, że byłam silna fizycznie (ale to też do czasu). Żadnych zmian wizualnych. Od stycznia do marca toczyłam walkę wewnętrzną, żeby nie rzucić tego w p.du, ale było wokół mnie tylu zaangażowanych i dobrych ludzi, że nie mogłam tego zrobić. Powtarzałam jak mantrę coś co wiem od zawsze: muszę być cierpliwa, muszę... Poza tym równolegle ze mną przygotowywał się do startu w ciężkiej kolega z siłowni. Piękna sylwetka, hiszpański torro. Potrzebował tylko docięcia, trzymania diety i czasu. Patrzyłam na niego z podziwem i czerpałam motywację. Miesiąc przez startem coś stało się w jego głowie. Tajemnica poliszynela głosiła, że pękł z dietą, cheatuje, co się potwierdziło. To było jego trzecie podejście do zawodów i trzeci raz wymiękł. Silne ciało, ale głowa słaba.

Po 2 miesiącach miałam tylko jeden HIIT i jedną trzydziestominutową sesję spokojnego marszu w tygodniu. Okres kiedy miałam dwa czternastominutowe HIITy i 2x20 minut spokojnego marszu po treningu (zamienione szybko na poranne) wynosił w czasie całych przygotowań tylko 3 tygodnie. Tak, najwięcej cardio, w sumie 68 minut/tyg., robiłam TYLKO przez okres TRZECH TYGODNI jakiś miesiąc przed zawodami. Kolejny plan założył obcinkę cardio i tylko jeden HIIT w tygodniu. Po tej zmianie (i delikatnej zmianie diety) waga zaczęła lecieć na łeb na szyję, a fat palił się z tygodnia na tydzień. Oczywiście chodziłam słaba jak zombie i wiecznie głodna, co jest zjawiskiem normalnym u zawodników przy niskim body facie. Czy podobałam się sobie? To dziwne, ale nie. Uważałam, że to nie jest jeszcze sylwetka z której jestem zadowolona, ale dopóki nie dokończę planu nie będę tego rozkminiać, żeby się nie pogrążać psychicznie. Druga sprawa to fakt, że startuję w kategorii bikini, gdzie panują inne kryteria. Nie muszę mieć bicepsa jak w sylwetkowym (dlatego nie robiłam go prawie wcale), ani barków szerokich na tyle, by mój facet czuł się przy mnie bezpiecznie. Muszę za to wiedzieć jak zaintrygować sobą sędziów i niekoniecznie mieć przy tym abs. Czy miałam fantazje kulinarne? Tak, myślałam co sobie zjem dobrego po zawodach i marzyłam o polskim jedzeniu. Zbierałam zdjęcia potraw, przepisy i czułam zapachy, których inni nie czuli. Czy miałam dramatyczny kryzys z dietą? Nie. Dieta do zawodów jest inna niż poza sezonem, ale nie dożywotnia, zatem przejściowa. Zbyt mocno zależało mi na osiągnięciu celu, na walce z własnymi słabościami, no i w końcu chciałam zająć wyższą pozycję niż wcześniej na Mistrzostwach Europy, gdzie byłam czwarta i obronić się na M.Polski.

Kiedy co poniedziałek stawałam na wagę, ważąc mniej i wyglądając lepiej uwierzyłam, że przygotowania bez godzin spędzonych na tępym pedałowaniu są możliwe. Nie zapominajmy, wcześniej spędzałam po dwie godziny dziennie na bieżni lub rowerku nie osiągając żadnych efektów w spalaniu tłuszczu, mimo trzymania restrykcyjnej diety cały rok. Co mam na myśli pisząc restrykcyjna? Nie głodowa, ale monotonna. W kółko to samo, głupie stereotypy myślowe i pozbawianie się przyjemności jedzenia tego co lubię i na czym jestem wychowana (wieprzowina, mleko, itp.)

Przyznaję, przygotowania do zawodów to rezygnacja z pewnych potraw na jakiś czas, trzeba tylko wiedzieć kiedy i jak. Nie mogę opisać szczegółów co robiłam ze względu na obowiązującą mnie tajemnicę. Mój coach Victor zastrzegł nie ujawnianie informacji co jest w pełni zrozumiałe i należy to uszanować. Mój program był spersonalizowany, zawierał ćwiczenia dla mojej sylwetki, suplementację i dietę dla mojego organizmu, niemniej pewne informacje mogą nakierować na właściwy tok myślenia. Dziękuję Wam Czytelnikom za wyrozumiałość.

Finał. Po raz pierwszy w życiu przygotowywałam się do zawodów z żadną, a w pewnym momencie z minimalną ilością cardio. Po 25 tygodniach wygrałam Mistrzostwa Polski w swojej kategorii, w Open oraz 2 tygodnie później Mistrzostwa Europy. Nigdy w życiu nie wyglądałam tak dobrze jak w Santa Susanna. Uważam, że była to moja życiowa forma. Dzisiaj jestem zdrowa, szczęśliwa, nie jestem niewolnikiem pedałowania i trenuję tak jak uwielbiam, siłowo. Kocham kulturystykę, fitness, smaczne i zdrowe pożywienie i choć niektórzy mówią, że przynależę do kulturystycznej sekty, bo jestem "inna" ze względu np.na zawartość lodówki to nie jestem fanatyczką. Wszystko jest dla ludzi. Otwórz swój umysł, nie działaj według schematów, ucz się nowego, odkrywaj, doświadczaj, eksperymentuj i z uśmiechem dąż do nieskończonego procesu: budowania doskonałej sylwetki. Szybko znajdziesz balans między ciałem a umysłem, bo ta harmonia to pierwszy stopień do poczucia spełnienia, satysfakcji i sensu działań. Powodzenia!


Autorka: Ewa Zegan - https://www.facebook.com/Ewa.Zegan.Fitness
Tekst zamieszczony za zgodą autorki.


ODPOWIEDZ

Wróć do „Teksty / porady zawodników i zawodniczek”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości

cron